wtorek, 29 września 2015

Prolog

   To nie było tak, to nie miało być tak. Nie chciałam, nie mogłam, nie, nie, nie…
   Och, mój Boże, nie.
   To wszystko działo się tak szybko, tak niesamowicie szybko, że nawet ja nie potrafiłam zarejestrować własnych ruchów. Cicha i uważna niczym puma, zaczaiłam się za pniem jednego z drzew ; było dość obszerne by mnie zakryć, natomiast stanowiło idealny punkt do słuchania i patrzenia, mimo, że moje oczy okryły się delikatną, niemal jedwabną mgłą. Czemu, czemu to musiało przydarzyć się właśnie mnie? Czemu nie mogło to spotkać kogoś, kto był bardziej doświadczonym graczem? Może ktoś inny dałby radę, może ktoś inny potrafiłby odejść ale ja byłam taka spragniona. Gardło parzyło, drapało i wręcz modliłam się w duchu, żeby nie rozdrapać go paznokciami kiedy moje palce oplotły rozgrzaną skórę pokrywającą siatkę żył.
   A cel był tak blisko.
   Rozpaczliwie starałam się zachować resztki kontroli, uporczywie wbijając paznokcie w tętnice tylko po to, żeby odwrócić swoją uwagę ale nie potrafiłam. Puls mnie przyzywał, krew wirująca w organizmie mężczyzny niemal tańczyła wokół moich myśli i mogłam sobie tylko wyobrazić jak niesamowicie będzie smakowała; jak cudownie będzie pieścić nią moje kubki smakowe.
Jaki był cel w naukach ojca, dziadka, matki? Jaki? Jaki sens miał pakt, jaki sens miało przymierze między zmiennokrztałtnymi i wampirami kiedy stało się w obliczu czegoś tak kuszącego? Nie myślałam trzeźwo, miałam tego świadomość, ale co mnie to obchodziło? Nie wiedziałam jak się oprzeć.
   Już nie.
   Z pozornych rozmyślań wyrwał mnie trzask łamanej gałęzi i chwilę później usłyszałam syk mężczyzny, który usilnie starał się wyswobodzić nogę spomiędzy pętli odstających korzeni i liści.          Jego aparat zawisnął na jego szyi gdy ten chwycił się jednej z gałęzi i starał podciągnąć, aż do skutku. Usłyszałam dźwięk rozdzieranego materiału, a dosłownie sekundę później moje nozdrza zarejestrowały zapach, którego nie mogłam nie poczuć.
   Słodki. No, może troszkę słonawy, ale głównie słodki; pachniał  jak wanilia, może z domieszką malin czy truskawek. Boże, czy mnie to w ogóle obchodziło?
   Odpowiedź przyszła wraz z czerwienią, która zdawała się powoli pokrywać każdy szczegół w zasięgu mojego wzroku, zastępować ową jedwabną mgłę. Moje usta wykrzywiły się w lekkim, słodkim uśmieszku kiedy mężczyzna podniósł głowę, patrząc w moją stronę. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że z mojej krtani wydobywa się dźwięk godny drapieżnika; ciężki charkot o odgłosie tak nieludzkim, że pozazdrościłby go niejeden wilkołak.

   I dźwięk ten był ostatnim, jaki mężczyzna słyszał.

1 komentarz:

  1. Hej =)
    Początki są trudne, co wiem z doświadczenia, ale z czystym sumieniem mogę napisać, że prolog jest znakomity – krótki, intrygujący, pełen akcji. Nigdy nie lubiłam refleksyjnego bełkotu, który tak naprawdę nic nie wnosi, więc tym bardziej podoba mi się to, co widzę. Co więcej, Renesmee jest moją ulubioną postacią, a to właśnie z jej perspektywy piszesz, prawda?
    Pragnienie bywa kapryśne, tak jak i wampirzy instynkt, który z łatwością potrafi przejąć kontrolę. Ładnie opisałaś jej rozdarcie i to, jaki ma mętlik w głowie. Podoba mi się, naprawdę, bo lubię wczuć się w postać, o której czytam.
    Zabiła człowieka... No, aż jestem ciekawa, jak to rozwiniesz. Na razie czekam na rozdział pierwszy =)

    Nessa

    PS. Ej, ej - bez ekscesów. Żadnych cytatów na czole xD No i dziękuję, motywujesz mnie. Czasami tego potrzebuję.

    OdpowiedzUsuń