środa, 30 września 2015

Rozdział I: Ofiara

      Krzyk. Krew. Słodki smak miażdżący moje podniebienie.
   Moje zęby z łatwością odnalazły ten słaby punkt, tą delikatną warstwę kryjącą pod sobą strugę osoki, która wydawała się być tak niesamowicie życiodajna. Ukojenie dla moich skołatanych nerwów; coś, czego potrzebowałam.
   Leżałam na moim łóżku z rękami ułożonymi wzdłuż mojego smukłego ciała. Mój umysł nie chciał przetworzyć tego, co czuło moje serce, trzepoczące gdzieś w mojej klatce piersiowej – chociaż myślałam, że zatrzymało się tuż po tym, jak ciało mojej ofiary…
   Ofiary.
   Moje powieki opadły, kryjąc delikatny szkarłat moich oczu. Nadal były brązowe, tak, ale cień mojego niedawnego posiłku nie przestawał dawać o sobie znać, nie przestawał świecić niczym tląca się pochodnia. Uśmiechnęłam się cierpko, chociaż do śmiechu mi nie było. Mojej rodziny jeszcze nie było ale to może i lepiej? Nie chciałam, żeby widzieli mnie w tym stanie, chociaż byłam pewna, że ojciec i tak wyczyta z moich myśli to, czym nie chciałam się dzielić.
   Wstałam dość niezdarnie, chociaż było to nie do pomyślenia w moim przypadku, powoli podchodząc do wielkiego lustra zajmującego całą ścianę i omiotłam swoje odbicie krótkim spojrzeniem. W moich włosach nadal tkwiło kilka listków i gałązek, ulubione legginsy miały dziury tu i tam a biała bluzka poplamiona była krwią i ziemią. Musiało się to stać wtedy, gdy mężczyzna próbował uciec. Moje ręce również nie grzeszyły czystością, dlatego wzięłam chusteczki nawilżające, energicznie starając się zmyć brud i krew ze skóry.
   Nie wiedziałam, czemu jestem tak spokojna, czemu moje ciało nie reagowało, ale byłam wdzięczna. Nigdy nie byłam histeryczką, a napadów złości czy przerażenia nie miewałam często, ale dość często żeby je znienawidzić. Uśmiechnęłam się kwaśno, wiedząc, że po prostu ta świadomość jeszcze do mnie nie dotarła. Byłą tuż za rogiem, ale cóż miało nadejść, cóż miało cofnąć czas? Nic. Po prostu nic.
   I chociaż spodziewałam się tego, co miało się stać, nie mogłam przewidzieć, że stanie się to tak szybko. Chusteczka wypadła mi z rąk, bezszelestnie – prawie bezszelestnie – opadając na podłogę. Odwróciłam się w niemal tak szybkim tempie, że mogłabym prześcignąć nawet wampira, ale to już nie miało najmniejszego sensu. Moje szkarłatno-czekoladowe tęczówki spoczęły na moim ojcu, oczy rozszerzyły się nieznacznie a ręce uniosły się spokojnie, jakby starając się uchronić mnie przed przenikliwym spojrzeniem Edwarda. Jego topazowe oczy wpatrywały się we mnie z takim żalem i zawodem, że moje serce stanęło na chwilę, tylko po to by przyspieszyć gwałtownie sekundę później.
   - Ja… Ja mogę wszystko wyjaśnić. – Mój głos drżał lekko, ale nie miałam powodów aby się przejmować. Tata nie powiedział jednak nic, kręcąc nieznacznie głową i usiadł na moim łóżku, chowając twarz w dłoniach.
   - Renesmee… Nessie. Jak to się stało? – Cichy baryton dotarł do moich uszu, delikatnie stłumiony przez marmurowe dłonie nadal przesłaniające twarz Edwarda. Moje gardło ścisnęło się, ale nie tak jak wtedy kiedy poczułam ten prawdziwy głód, ale z żalu. Moje usta uchyliły się lekko, drżąc, gotowe coś powiedzieć, ale nie dałam rady. Jedynym, co wydostało si ę z mojej krtani był zdławiony jęk mieszany z niewiadomego pochodzenia westchnieniem, kiedy usiadłam na podłodze, podkurczając kolana pod brodę. Nadal nie docierało do mnie to, co zrobiłam, ani powaga sytuacji w jakiej się znalazłam. Poniekąd czułam się jak dziecko, którym byłam tak niedawno. Czułam się tak, jakbym znowu usiadła wujkowi Jasperowi na kolanach, prosząc o kolejną opowieść z czasów Wojny Secesyjnej, zupełnie nie zważając na ciemnienie jego kochających, złotawych oczu.
   - Nie mogłam… To było… - Głos na nowo utkwił mi w gardle. Nie wiedziałam jak dobrać w słowa to, co się stało, ale przecież on wiedział. Wiedział tak doskonale, dokładnie przeczesując moje myśli i  wiedząc, co tam znajdzie.
   Wstał.
   Jego ruchy były mechaniczne, ale twarz nadal zatroskana, kiedy chwycił mnie za ręce i siłą podniósł do góry. Ruch był delikatny, lecz stanowczy i wiedziałam już, że nie skończy się to na pogadance.
   - Zabiłaś człowieka, Renesmee. – Wymamrotał cicho, nie patrząc mi w oczy. Jego ręka zacisnęła się na moim nadgarstku kiedy wypowiadał te kilka słów, kilka słów, które poraziły mnie niczym piorun. Czułam, że jego uścisk słabnie tylko po to, aby zamknąć się na moim ramieniu i delikatnie pchnąć mnie przez drzwi na schody. Nie zrobił tego mocno ale wiedziałam, że nie ma wymigiwania się. Schodząc w dół wiedziałam już, co zastanę, ale nie do końca chciałam mierzyć się z konsekwencjami. Jednakże było to nieuniknione, kiedy stanęłam przed moją rodziną, nie wiedząc, co jest gorsze – ich nieprzeniknione spojrzenia czy może fakt, że nawet nie chcieli już udawać ludzi. Ich spięte miny mówiły same za siebie – to nie mogło zostać ot tak przemilczane i nawet Emmett, który zazwyczaj wiedział, gdzie i w jakiej sytuacji znaleźć humor, stał niczym posąg.
   Lecz najbardziej przeraziła mnie twarz mojej matki.
   Jej oczy były kompletnie suche, a pierś unosiła się w szybkim rytmie. Patrzyła na mnie wzrokiem tak szokowanym i oczami tak ciemnymi, że wyglądała jakby nie polowała przynajmniej przez kilka dni. Przełknęła głośno jad, który wyraźnie drażnił jej podniebienie, zanim po prostu spuściła wzrok na podłogę. Nastała cisza.
   - Wiem… Wiem, że zrobiłam coś strasznego. – Zdobyłam się na powiedzenie czegokolwiek, jednocześnie patrząc na ścianę za moją rodziną. Mój głos przypominał jęk wymieszany z echem charkotu, który wyrwał się ze mnie niespełna kilka godzin wcześniej. – Wiem, że to sprzeczne z naszymi prawami ale nie mogłam. Nie potrafiłam, rozumiecie? To było silniejsze ode mnie.
   Moje oczy rozszerzyły się nieznacznie na samo wspomnienie a gardło liznął jeden, mały płomyczek. Żałowałam, oczywiście, że żałowałam ale na samo wspomnienie smaku tej świeżej, ludzkiej krwi, robiło mi się przyjemniej na żołądku. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, ale wiedziałam, że nie mówię do końca prawdy. Zakryłam twarz dłońmi, potrząsając głową. Jak mogłam pomyśleć, że tamten akt dawał mi jakąkolwiek satysfakcję? Jak mogłam pomyśleć, że coś takiego może być przyjemne? Jak morderstwo mogło być jakąkolwiek formą rozrywki?
   Poczułam czyjeś lodowate ramiona i niemal natychmiast wyczułam zapach Rosalie. Mimo, że wiedziałam, że na mnie patrzy, nie odważyłam się spojrzeć w górę. Może bałam się zobaczyć ten zawód, który czułam od wszystkich? Może to poczucie winy, że wypuścili mnie na polowanie samą? Może fakt, że nikt nie oponował, kiedy stwierdziłam, że muszę się usamodzielnić?
   - Nie, nie o to chodzi, Renesmee. – Mruknęła Rose i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że musiałam niechcący użyć swojego daru na mojej najdroższej cioci.
   Złapała mnie za rękę, bezceremonialnie prowadząc do stołu gdzie – po prawdzie mówiąc nie wiem kiedy – usadowiła się reszta rodziny, nieświadomie mnie osaczając. Czułam się jak złodziej, który został złapany na gorącym uczynku tyle, że byłam czymś większym, gorszym.
Westchnęłam cicho, otwierając usta do dalszych tłumaczeń, ale przerwał mi dziadek, sięgając ponad stół i chwytając moją gorącą dłoń w swoją lodowatą. Nie powiedział z początku nic, odzywając się dopiero, kiedy spojrzałam w jego ciepłe, nieco bursztynowe tęczówki.
   - Renesmee. – Zaczął, jego głos delikatny ale srogi, jak wtedy kiedy przed laty upominał mnie gdy podkradałam jego książki, czytając je po nocach. – Pokaż mi wszystko, to bardzo ważne.
Jego głos nie znosił sprzeciwu, więc zrobiłam tak, jak kazał; pokazałam mu wszystko, od wyjścia rodziców do kamiennego domku, poprzez decyzję o szybkich zakupach Alice, po polowanie Rosalie, Emmetta i reszty. To, jak bardzo chciałam się usamodzielnić i to, jak Edward wyraził zgodę na moje pierwsze samotne polowanie. To, jak ścigałam łosia, kiedy to poczułam ten niesamowity zapach. To, jak ta niesamowita woń ścigała mnie aż po sam kres, sprawiając, że zapomniałam o świecie.
   Nagle dziadek zabrał swą dłoń, a jego brwi zmarszczyły się, wykazując tylko i wyłącznie głębokie zastanowienie i zestresowanie. Dlaczego…?
   - Renesmee. – Odezwał się cicho mój tata, sprawiając, że natychmiast odwróciłam się na krześle, omal z niego nie spadając. Coś w jego głosie sprawiło, że miałam ochotę krzyczeć, ale jedyne co zrobiłam, to kiwnęłam głową, przełykając ślinę. Nikt inny się nie odzywał, cisza wtapiała się w moją skórę niczym lodowate kolce dopóki mój ojciec jej nie przerwał po raz drugi; jego cichy i niemal drżący głos wwiercając się w mój mózg niczym setki stalowych gwoździ. – Złamałaś nasz pakt z wilkołakami.
   I wtedy zrozumiałam.
   Gdzieś, ponad drzewami, rozległo się przeraźliwe wycie.

   Wycie przerażonego swoim odkryciem wilka.
_____________________________
No i rozdział jest. Boże, początki są takie trudne ale mam nadzieję, że na coś mój wysiłek się zda.
Do napisania!
                              Coco